4 miesiące w Azji. Oto, co mi zrobiły

Wróciliśmy-z-wyprawy-do-Azji-z-całą-rodziną - Moc Ojca

Tak, wróciliśmy. Jesteśmy cali i zdrowi. O tym, że da się, że to wcale nie jest Everest, że to osiągalne – będzie wkrótce. A dziś o tym, co klaruje się w mojej głowie, kiedy na 4-miesięczną wyprawę po Azji mogę spojrzeć z dystansem.

Więcej chcę, mniej powinienem

Te 4 miesiące pozwoliły mi poczuć, jak to jest, kiedy nic nie trzeba. Ze słownika znikają słowa wypada, należy, powinno się. Z czego to wynikało? W Azji byliśmy dla miejscowych ciekawostką. Traktowali nas przyjaźnie, machali i uśmiechali się – trochę tak, jak my reagujemy na widok zwierząt w zoo. Byliśmy przejazdem. Byliśmy tymczasowi. Tymczasowi, czyli niegroźni. Gdybyśmy mieli zostać na dłużej – a to już co innego, bo pewnie jakoś te relacje trzeba byłoby sobie ułożyć. A tak? Gdybyśmy chodzili ubrani tylko na różowo i tyłem, uznaliby to zapewne równie bezkrytycznie jak to, że mamy białą skórę, nasze dzieci jasne włosy i jednak chodzimy do przodu. Podobnie jak my uznajemy, że hindus nosi turban nie wartościując tego jako dobre lub złe. Nosi. Po prostu. Może to element tradycji?

To z kolei oznacza, że nie było nikogo, kto oceniałby mnie przez jakikolwiek pryzmat. Po prostu brakowało skali – bo do czego tych białych ludzi porównać? Oni tacy są. Koniec, kropka. Była tylko ciekawość i akceptacja. Aha, popatrz, oni właśnie tacy są, ciekawe, prawda córeczko?

W takich okolicznościach znika w ogóle element społecznej oceny. W Polsce mogę się obawiać, że jak zjem kanapkę w ławce kościoła w czasie mszy, to ktoś mnie ofuknie, wyprosi, swoje pomyśli. W Azji poczułem, że nikt mnie nie ocenia. Wlepiają we mnie wzrok, ale mogę zrobić naprawdę to, co chcę. Zamiast dawać wpływać na siebie społecznym oczekiwaniom i normom, idę za tym, co podpowiada mi serce i sumienie. Uwalniające. Przynoszące ulgę. Piękne. Jestem bardzo blisko siebie samego i to wspaniałe doświadczenie.

Czas, który uwalniał marzenia

Jest jeszcze rywalizacja o czas. W Azji potrzebny był do tego, żeby zjeść i znaleźć nocleg. Zaopiekować się dziećmi. Z kategorii „obowiązków” może jeszcze do wpisania wydatków dla kontroli budżetu, zrobienia czasem przelewów, przeczytania raportu ze stanu firmy. Poza tym była pustka, w której nic nie domagało się uwagi. Nic nie nagliło, nie paliło, nie wyskakiwało przypomnieniem w telefonie. Dla człowieka będącego częścią pędzącego peletonu to było pierwsze takie doświadczenie. Bywały momenty nudy. Frustracji. Ciało domagało się wystrzału adrenaliny, kiedy goni się za terminami i dowozi projekty. Ale głównie umysł powoli przyzwalał na to, by czytać to, na co ma się ochotę i kiedy tylko się chce. Rozmawiać. Niespiesznie bawić się z dziećmi. Pozwalać czasowi przepływać przez siebie.

To moment, kiedy budzą się marzenia. Będąc w kontakcie ze sobą o wiele łatwiej złapać właściwy azymut. Sumienie uspokaja się, ale właśnie wtedy mówi wyraźnie i głośno.

I w którymś momencie zorientowałem się, że jestem wystarczający. Jestem wystarczająco dobry taki, jaki jestem. Że te wszystkie rozwojowe cytaty i nawoływania ekspertów od osobistej wydajności zawierając w sobie nęcące ziarno prawdy, prowadzą nas w kołowrót, który jest zaprzeczeniem spełnienia naszych marzeń i uznania siebie jako kompletnych w nasz, unikalny sposób.

Siedziałem na zapylonym dukcie w Kambodży, czasem wsiadałem z którąś z córek lub synem na rower, czasem drzemałem. Kopaliśmy piłkę. Rzucaliśmy kamykami. Rozmawiałem z Anią. I choć nie odnosiłem wówczas zawodowych sukcesów, byli pewnie tacy, którzy wyprzedzali mnie na drabince społecznego uznania, to w ciszy i spokoju tej wyprawy odnosiłem największy sukces w życiu. Byłem przekonany, najszczerzej jak się da, że jestem w tym miejscu, w którym powinienem być.

Wewnętrzny spokój zamiast wątpliwości

Nie pojawiały się wewnętrzne wątpliwości, jakim jestem człowiekiem, mężem, ojcem. Czy aby nie za dużo, za mało, zbyt szybko, niewystarczająco cierpliwie, za ostro, niemęsko, niemądrze, mało roztropnie i tak dalej. Nie było do czego się porównać. Obrazy z reklam, które mógłbym przywołać, rozmyły się, dając mi wolność własnego odczuwania.

I w tym stanie ducha mijały nam dni. Więcej było oczywiście odcieni i wydarzeń. Te jednak pozostały we mnie jako najsilniejsze, jako odkrycia, których nie oddałbym za nic. Jakie szczęście, że to przeżyłem, że to już się nie „odprzeżyje”. Czas, który ofiarowywaliśmy sobie, dostrajał nas w kierunku harmonii. Miałem dla dzieci wszystko to, czego szukam na co dzień – cierpliwość, zrozumienie, empatię. Obserwowałem je, jak się zmieniają. Rozwijają, kształtują. Przez cały ten czas nie przegapiłem niczego, co być może przegapiłbym, gdyby nie ten wspólny czas.

Za to jestem wdzięczny. Za to wszystko jestem cholernie wdzięczny.

Autor: Maciej Kucharek – Moc Ojca

Comments are closed.