Chcę do mamy!!!

Dwoje-dzieci-biegnie-do-taty-by-się-przytulić - Moc Ojca

Mądre poradniki mówią, że dziecko do 3 roku życia widzi matkę, potem długo nic, jeszcze trochę nic, a potem jest jedzenie. Zresztą czasem to jedzenie też oznacza matkę. Około 4 roku życia na scenę wkracza tata, który – i tu poradniki nie mają zgody – do 6 roku staje się równie ważny lub ważniejszy niż mama lub staje się na dużo dłużej ważniejszy w tym sensie, że to on wprowadza dziecko w dorosłość. A przynajmniej w inny sposób, niż zrobi to mama.

Na wszystko przyjdzie czas (?)

Jest w tym jakaś logika, a że stoi jeszcze za tym doświadczenie milionów ojców i matek, to można wyjść z założenia, że to co do zasady potwierdzona teoria. Zupełnie nie zmienia to faktu, że dziwię się jak smok za każdym razem, kiedy moja córka płacze, ja klękam przy niej, by sprawdzić, co się stało, a ona na samą próbę dotyku jest gotowa rozerwać na kawałki siebie, mnie, a w następnej kolejności wszystko, co stoi obok. Generalnie – ma być Maaaamaaaa i ten krzyk niesie się przez pół domu do czasu aż a) przyjdzie mama, b) zorientuje się, że mama nie przyjdzie i sama idzie do mamy. Kasia mówi czasem: „Bardzo kocham mamę. A Ciebie tak średnio”. To i tak awans, bo kiedyś tylko mnie „troszkę lubiła”.

Doświadczenie jednak robi swoje i uspokaja. Pamiętam Marysię, która była cała i wyłącznie za mamą, a dziś, kiedy ma 5 lat, odbieram od niej wszystkie możliwe przejawy docenienia. Myślę więc, że na Kasię też przyjdzie czas. Co ciekawe, na rocznego Janka czas już przyszedł. Jako jedyny w tym wieku tak cieszy się na mój widok, biegnie do mnie kiedy wracam i po prostu lubi spędzać ze mną czas, choćby przewalając się na łóżku.

Podoba mi się rola taty

Za „Chcę do mamy!” idzie jeszcze jedna refleksja. To bywało i nadal bywa frustrujące. Zastanawiałem się, z czego to wynika, że ja nie nadaję się do tego, by przytulić i ojojać ranę kiedy coś się stanie albo być przedmiotem walki o to, kto dziś ze mną pojedzie na skuterze („Nie chcę z tatą! Chcę z mamą! – Kasia, jeżeli akurat padło na to, że z mamą pojedzie Marysia). Kiedyś zdałem sobie sprawę z tego, że to wręcz oczekiwanie, by dzieci:

– krzyknęły głośno tata kiedy tylko wchodzę do domu, przybiegły do mnie, rzuciły się na szyję i przytuliły

– przytuliły się z ufnością za każdym razem, kiedy im smutno / źle / boli / głodne

Generalnie, potrzebowałem i oczekiwałem takich wyrazów miłości. Dla nich? No nie… przecież, że dla siebie. Jakby te wszystkie rzeczy były dla mnie wyznacznikiem odpowiedniej jakości relacji. Może w jakimś stopniu są? Niemniej odkąd zdałem sobie sprawę z tego, że tak to we mnie działa, mniej jest we mnie tej niepotrzebnej presji. I z biegiem czasu dostrzegam raczej, że role moje i Ani są jednak inne. Od innych rzeczy jest tata, od innych mama i ja z tą swoją częścią czuję się coraz bardziej swojsko i dobrze. Ten kierunek mi się podoba.

PS. Marysia przebudziła się którejś nocy. Wołała cicho: „mama”. Ania była wtedy w takiej części domu, że nie mogła usłyszeć. Po 5 czy 6 wezwaniu usłyszałem: „tata”. Kurde, jak ja do niej biegłem. Chciała, żebym ją przykrył kocem. Nigdy nikogo tak nie przykryłem, jak jej wtedy. Niech wie, że może zawołać! Że jaka tata przykryje, to nie ma … we wsi! ?

Comments are closed.