Codziennie ryzykujesz życie twoich dzieci

Gdzie-jest-Twoja-granica-między-rozwagą-i-odwagą - Moc Ojca

Chcemy chronić najbliższych. Tylko… czy dajemy im żyć? Gdzie jest Twoja granica między odwagą i głupotą? Podrzuciłbyś tak dziecko?

Najwięcej o ryzyku i odwadze nasłuchałem się przed naszym wyjazdem do Azji z trójką małych dzieci (więcej o nim przeczytasz tutaj). Po powrocie najczęściej słyszę: „jesteście tacy odważni!”. Przed wyjazdem byli też tacy, którzy rysowali cienką linię między odwagą i głupotą i pokazywali, jak daleko jesteśmy po niewłaściwej stronie decydując się na taką wyprawę.

Odwaga, to konfrontacja z lękiem

Najpierw dwa słowa o moim podejściu do odwagi i zaraz odniosę to do Azji. Otóż ja wierzę, że odwaga to nie jest brak lęku, a konfrontacja z nim. Jacek Walkiewicz w genialnym przemówieniu powiedział: „kiedyś się bałem i nie robiłem. Teraz różnica jest taka, że się boję i robię”.

Bo kiedy przełamujesz lęk, wprawiasz siebie w ruch. Raz puszczona maszyna zaczyna się toczyć i nie zastanawiasz się już nad tym, CZY się toczyć, tylko JAK. Wtedy wymyślasz rozwiązania, mierzysz się z problemami, rozwijasz, bo nie STOISZ W MIEJSCU.

I teraz w kontekście Azji – tam właśnie tak to działało. Nie zastanawiałem się już, co spotka mnie na miejscu. Moje obawy zniknęły. W ich miejsce pojawiła się odwaga i działanie. W zasadzie nie widzieliśmy na swojej drodze problemów. Żyliśmy. Po prostu żyliśmy. Jak trzeba było coś zrobić, bo wymagała tego sytuacja, to robiliśmy to. Nie było miejsca na filozoficzne, podszyte strachem rozważania. Wtedy było na moim. Odwaga zwyciężała.

A co gdyby ta historia nie zakończyła się szczęśliwie?

Ale był też moment, kiedy Jasiek miał 40 stopni gorączki. Jechaliśmy do szpitala na badanie krwi podejrzewając, że to może być denga. Dla takiego malucha to poważne niebezpieczeństwo. Nieskończenie dłużył się czas między pobraniem krwi a wynikiem, kiedy mokrymi, ciepłymi ręcznikami masowaliśmy mu ciało próbując zbić gorączkę. Wyobraźnia podpowiadała mi w tym czasie wszystko. Strach mnie dławił. Przyginał do ziemi. Janek miał standardową infekcję, na szczęście. Po trzech dniach nie było tematu.

Ale gdyby się okazało, że to jednak denga? Gdyby ta historia miała inne, mniej szczęśliwe zakończenie? Czy nie mieliby racji wszyscy ci, którzy w imię rozwagi i odpowiedzialności stoją w miejscu? Czy ich racjonalne argumenty nie ważyłyby na szali jednak więcej? Czy nie żałowałbym, że pojechaliśmy?

Nie umiem stwierdzić, kto ma rację.

Staliśmy się rodzicami-helikopterami

Zobaczcie. Żyjemy w świecie, w którym jedna śmierć na budowie oznacza obowiązek noszenia kasków przez wszystkich budowlańców na świecie. Dzieci wsadzamy w foteliki samochodowe, na rowerach nosimy kaski. Gonimy za dziećmi z czapeczką, przebieramy, jeżeli się spocą, przebieramy, jeżeli się pomoczą, myjemy, jeżeli się pobrudzą. Zamieniamy się w wielofunkcyjne narzędzie do natychmiastowej opieki. Rany, jakie to jest męczące.

Taką drogę przeszliśmy przez ostatnie 50 lat. Kiedyś byliśmy zapracowanymi rodzicami, których dzieci wychowywały się same. Rano wychodziły z domu, wracały, kiedy były głodne. Jak to dzieci – nieświadome niebezpieczeństw – robiły często to, co chciały. Dziś jesteśmy rodzicami-helikopterami. Czuwamy bez przerwy, latamy nad głowami naszych dzieci. Kontrolujemy. Jesteśmy nadopiekuńczy i wścibscy.

Zamiast działać, stoimy. Zamiast żyć, próbujemy się chronić

Czasem mam wrażenie, że oszaleliśmy na punkcie bezpieczeństwa i komfortu. Daliśmy się otoczyć strachem, w którym nie zastanawiamy się, jak chcemy żyć, tylko szukamy sposobu, by nie dać się zabić. Nie oddam honorowo krwi, bo pewnie zarażą mnie żółtaczką. Nie zareklamuję swojej usługi, bo pewnie są lepsi i to w ogóle tak głupio. Nie powiem, co czuję, bo zostanę zraniony. Przecież to paranoja. Chcemy chronić najbliższych, tylko czy dajemy im żyć?

Każdy z nas ma swoją granicę rozwagi, odwagi i głupoty. Różnimy się. Każdy, kto ma więcej niż jedno dziecko, dostrzega różnicę w swoim podejściu do każdego z nich. Chuchanie przy pierwszym i znacznie mniej stresu przy drugim i kolejnym. Nawet porównując podejście rodziców pierwszych dzieci zobaczymy różnice. Dla jednego coś jest tylko uzasadnionym, rozważnym działaniem, dla drugiego nadopiekuńczością i przesadną troską.

Nie bój się śmierci. Bój się tego, że nie zdążysz żyć.

Świat odwoła się więc do statystyki. A statystyki mają to do siebie, że pewnie każde działanie skończy się kiedyś śmiercią. I tak powoli zmierzamy do sytuacji, w której zamkniemy się w szklanych, bezpiecznych bańkach i nie będziemy robić nic, co grozi śmiercią. Cholera, życie grozi śmiercią. Bać to się trzeba tego, że się nie zdąży żyć, a nie tego, że się kiedyś umrze. I ja mam nadzieję, że ominie mnie statystyka. Że to jednak nie ja. Chcę żyć tak, żeby czuć, że żyję.

Autor: Maciej Kucharek – Moc Ojca