Czy dzieci naprawdę… ułatwiają podróżowanie?

Janek-wchodzi-do-samochodu-w-podróży - Moc Ojca

To, że rodzinie z trójką dzieci każdy chce pomóc, to ta słodka część podróżowania z dziećmi. Z drugiej strony jest całe to logistyczne przedsięwzięcie i odpowiedzialność, które sprawiają, że na urlopie z małymi dziećmi raczej nie można się nudzić. Dziś będzie o realnych korzyściach, które płyną z tego, że dzieci są z nami.

Już pięć lat temu doświadczyliśmy, jak dzieci ułatwiają podróż

Pamiętam podróż sprzed 5 lat z samą jeszcze Marysią do Kanady. Miała dwa miesiące i większość czasu spała. Oprócz tego, że wiele osób rozczulał widok takiego malucha, to z podróżowania z nią mieliśmy realne benefity. Głównie na lotniskach – jak pan z obsługi Lufthansy zobaczył, że niesiemy bobasa, przepuścił nad przed wszystkimi, odprawił jako pierwszych, w samolocie dostaliśmy fotele z dodatkowym miejscem na nogi, a Marysia zabawkę i specjalną kołyskę, w której przespała 8 z 9 godzin podróży. Mieliśmy jak pączki w maśle. No ale Tajlandia to jednak co innego.

O ile łatwiej się lata z dziećmi

Na lotnisku ponownie jesteśmy przepuszczani gdzie tylko się da, więc czuję się, jakbym wykupił Priority Pass i miał na sobie biznesowy garnitur za grube tysiące, a nie ciepły polar i plecak z pampersami na plecach. Stewardessa zaraz po starcie pyta o wiek dziewczynek i wręcza im paczki z zabawkami. Jest na bogato – puzzle, zgadywanki, kolorowanki, kredki, a wszystko w takiej torebeczce, którą potem Marysia przez dwa dni nosi z dumą na ramieniu. I posiłki – przysługują nam cztery, dziewczynki nie mają ochoty, więc najadam się do woli. Bomba.

Na lotnisku w Tajlandii mamy przejść kontrolę paszportową. Kolejka jest taka, że zaczynam myśleć, czy może lepiej nie wrócić, ale wyłapuje nas pani z obsługi, prowadzi do kolejki pierwszeństwa, jakiś pan daje dziewczynkom słodycze, a kontrolerka pozwala nam wypełnić brakujące druki przy niej, choć osobę wcześniej wywaliła na koniec z miną nauczycielki wystawiającej ci jedynkę. Bomba.

Najważniejsza jest życzliwość, którą dzieci wyzwalają ludziach

To jednak wszystko jest nic w porównaniu do kredytu życzliwości i zaufania, który dostajemy od tubylców tylko dlatego, że są z nami dzieci. Tego się nie da opisać w jednym punkcie i nazwać super-konkretnie. W skrócie wygląda to tak: jedziesz w miejsce, gdzie nikt cię nie zna, a ty nie masz o niczym pojęcia. Czujesz się obco. Masz do wyboru: tubylcy są nastawieni przyjaźnie lub nie. Korzyść z tego, że są w stosunku do Ciebie życzliwi, jest niewiarygodnie wspierająca.

Dostajemy zgodę na przewijanie na fotelu dla klientów w sklepie z telefonami. Taksówkarz zmniejsza klimatyzację, choć ponoć nigdy tego nie robią. Marysia dostaje malowanki i kredki, kiedy czekamy na wizytę w szpitalu. Brytyjska turystyka wysiada z nami z tuk tuka, bierze śpiącego Jasia na ręce i czeka, aż wypakujemy wszystkie manatki. Jakiś Szwed zachodzi w głowę, jakim cudem z trójką dzieci jeździmy na skuterach po wyspie i opowiada o nocnym życiu w Tajlandii i jak pomagał Tajom sprzątać piasek po sztormie kilka dni temu. Jakaś Tajka zgadza się, byśmy siedzieli w przedsionku jej domu i rozmawiali o jej życiu, w czasie kiedy jej 3-letnia Lia i nasze dzieci bawią się razem. Obcy ludzie robią sobie z naszymi dziećmi zdjęcia, głaszczą je po głowach i biorą je na ręce. Wszyscy się uśmiechają. Wszyscy oferują nam swoją pomoc.

Jestem przekonany, że gdybyśmy zostali bez jedzenia, bez noclegu i bez grosza przy duszy, a ja wziąłbym Kasię na ręce i zapukał do pierwszych lepszych drzwi, to otrzymalibyśmy pomoc. W miejscu, którego nie znamy, gdzie niełatwo nam się porozumieć, to jest nieoceniona wartość.

Druga strona medalu, czyli co jest trudniejsze w podróżowaniu z dziećmi

Druga strona medalu ma zupełnie inne barwy i to jest materiał na baaaaaardzo długiego posta. W samolocie śpią w zasadzie tylko dzieci. Ja drzemię wyprostowany z Jankiem na rękach i głową Marysi na kolanach, Ania w którymś momencie siada na ziemi i głowę opiera o fotel. Dopóki nie zasną, działamy na przyspieszonym tempie podając napoje, chodząc do toalety, czytając bajki, łagodząc spory i generalnie – zajmując czas.

W samej Tajlandii, zanim wyjdziemy na jedną z tych rajskich plaż, szykujemy się godzinę, smarując, psikając i pakując. Niesiemy bagaże dla całej piątki i jeszcze jedno lub dwoje w nosidełkach i wózku, pocąc się i dysząc. W nieskończoność wyparzamy smoczki i kubki, dezynfekujemy ręce i ganiamy Janka wspinającego się na wszystko, co zobaczy. Jednym zdaniem – jest co robić.

Punkt widzenia zależy od siły motywacji

Są momenty, kiedy łatwo nie jest. Wtedy tę ciemną stronę medalu podlewam motywacją związaną z tą podróżą. Jesteśmy razem i doświadczamy, a cała ta logistyczna reszta jest tylko przy okazji. I oby tej motywacji wystarczyło na całą podróż.

Autor: Maciej Kucharek / Moc Ojca

Comments are closed.