Jak zarazić dziecko (swoją) pasją?

Dzieci-na-meczu-siatkówki-w-hali-kibice - Moc Ojca

Mam taką oto pasję, że jestem kibicem reprezentacji Polski. Najważniejsze wydarzenia sportowe nie mogą się odbyć bez mojego udziału. Jeżeli nie jestem na stadionie, to przed telewizorem.

Mam przyjaciela, który ma jeszcze lepiej. Jest takim kibicem, że ja przy nim to jak fiat przy porsche. Ma dwóch synów i małą córeczkę. I ci jego dwaj synowie są tak zakręceni na punkcie sportu (i piłki nożnej w ogóle), że bardziej się nie da.

Efekt jest taki, że kiedy on chce jechać na mecz, chłopaki staną na głowie, żeby pojechać z nim. Spędzają więc czas razem, przeżywają emocje, zbierają wspólne wspomnienia. Czy da się lepiej połączyć przyjemne z przyjemnym?

Pomyślałem więc sobie – idźmy tym tropem. Jeżeli z dziewczynkami i teraz z małym Jasiem oglądamy mecz w telewizji, to pomalujemy sobie buzie i zjemy chipsy (o zgrozo) czy orzeszki. Żeby było fajnie. Marysię zabrałem na otwarcie mistrzostw świata w siatkówce mężczyzn na Stadionie Narodowym i na skoki narciarskie do Zakopanego. Za każdym razem z tą myślą w tle, że może zarażą się tym, czym wiele lat temu zaraziłem się ja? A ostatnio swój stadionowy debiut miała też Kasia i Janek – Atlas Arena, Mistrzostwa Europy w siatkówce. Grubo.

Janek wytrwał na moich kolanach 10 minut. Kilka razy klasnął jak tata. Kibic! – myślę. – Rośnie mi kibic! A tam. Potem szukał tego, co zawsze, czyli przestrzeni do eksploracji. Dotykał wszystkiego, co było w zasięgu jego rąk i sprawdzał, jak działa. Pokazywał duże maskotki kibicowskie. I od drugiego seta rozpoczęliśmy podróżowanie po hali za Jankiem.

Kasia meczem była zainteresowana chyba jeszcze krócej. Potem wspinała się na mnie i Anię, zakładała biało-czerwone włosy i wierciła się niemiłosiernie. Kilka razy pytała, czy wygrywamy, choć z zasad nie rozumiała jeszcze ani krztyny. A kiedy okazało się, że jednak przegraliśmy – płakała dobry kwadrans.

Marysia patrzyła na mecz najwytrwalej. Patrzyła z uwagą, pytała, która zawodniczka jest najlepsza, co oznaczają napisy na tablicy wyników, po co trener bierze czas itp. I tak przez jeden set.

Przez pozostałe cztery atrakcją był sklepik z napojami, zdjęcie z wielkim orłem i poręcz schodów, na której można się wieszać.

„Jak ci się podobało na meczu?” – zapytałem Marysi kiedy wróciliśmy. „Fajnie, tato. Ale na mecze dużo jeździmy, a ja bym chciała na jakiś koncert albo przedstawienie” – odpowiedziała.

I wtedy przyjąłem, że moja pasja jest moja, nie ich. Że choć bardzo chciałbym, żebyśmy zjeździli wszystkie stadiony świata wspólnie, to może się zdarzyć, że kompletnie nie będą miały na to ochoty. Życie. Ale że chcę z nimi spędzać czas i poznawać ich pasje, to podwójnie mocno zastanowię się, co jest pasją u każdego z nich. I może będę kiedyś takim herosem jak Irek Krosny. Opowiadał kiedyś, że jego syn zapalił się do gimnastyki. To on – a uwierzcie, to nie jest Arnold Schwarzenegger – zaczął trenować. I stał się w tym tak dobry, że z synem pasję dziś dzielą. Wow.

A mecz… na jakiś na pewno czasem pojedziemy, nie?