Wszystko jest możliwe

Wszystko-jest-możliwe-a-ograniczenia-są-tylko-w-głowie - Moc Ojca

To właśnie tu, w nocnym pociągu na trasie Bangkok – Suratthani, którym „rzuca tak, jakby miał się rozpaść” (cyt. Łona), pomiędzy jednym zabitym robalem a drugim zdałem sobie sprawę, że przestaję się bać. Że ograniczenia są tylko w głowie. Że wszystko jest możliwe.

Kilka kuszetek dalej jedzie Justyna. Polka, w Tajlandii od listopada, jako rezydentka na zlecenie Rainbow Tours. Zagadnęła o Czarnogórę. Byliście? Może przyjedziecie? Bez chwili namysłu odpowiedziałem: Pewnie! I wtedy to na mnie spadło.

Parę tygodni temu takie „pewnie” oznaczałoby mniej więcej tyle, co „musimy się koniecznie spotkać!” rzucone na koniec spotkania i nigdy nie wcielone w życie. Parę tygodni temu wyprawa z Anią i dziećmi do Czarnogóry to byłoby trudne wyzwanie. Dziś wydało mi się nagle łatwe, osiągalne i oczywiste. Zmieniła się perspektywa. Wszystkie te strachy, które towarzyszyły nam w chwili wyjazdu, stały się siłą. Granica została przesunięta. Dziś Czarnogóra to jak Mrzeżyno, a ja zastanawiam się, jakie kolejne mury lęków padną. Ale, żeby po kolei, to o tych lękach.

Suma wszystkich strachów

Dwa tygodnie temu się bałem. Komara, który ugryzie i zarazi dengą. Taksówkarza, który przewiezie za potrójną stawkę. Turbobiegunki po jedzeniu w niehigienicznych warunkach. Tajskich gangów czyhających na turystów. Poparzenia słońcem. Wypadku na skuterze. Gorąca. Wszystkiego. I zapłaciliśmy frycowe. Raz za taksówkę daliśmy 500 batów, choć powinniśmy ze 250. Ugryzł mnie komar i jeszcze trochę innych owadów. Biegunka… no cóż, nie ma się czym chwalić generalnie. Przepłacaliśmy w 7 Eleven, by nauczyć się kupować w Tesco Lotus. Jest gorąco jak w piekarniku.

Ale czymże jest to wszystko? Kiedy wchodzi się do żółwia wielkości połowy bloku, który wewnątrz jest świątynią. Kiedy karmi się w rzece metrowe ryby, zagląda do zakładów i jednoosobowych fabryczek w bocznych uliczkach Bangkoku, je na trawie obiad z ryżu, chipsów bananowych i szaszłyków z wieprzowiną (chyba!), oglądając występy aktorów w ramach Festiwalu Turystyki. Kiedy rozmawia się z pielgrzymami do Świątyni Smoka, przyjmuje płynącą ze wszystkich stron pomoc, odwzajemnia uśmiechy.

Zwycięstwo ekscytacji nad lękiem

Kiedy zrzuca się te wszystkie tarcze, blokady i bariery. Kiedy strachu jest coraz mniej, a coraz więcej ekscytacji. Wtedy naprawdę zaczyna się przygoda. To dlatego nie mamy noclegu w miejscu, do którego jedziemy, bo wiemy, że najlepiej znajdziemy go pukając od drzwi do drzwi poza portalami hotelowymi. To dlatego bardziej nas cieszy niż martwi, kiedy musimy spontanicznie organizować przejazd kilkaset kilometrów z wyspy do Bangkoku. Śpiewamy w tuktuku, razem przeżywając tę chwilę.

Przychodzi do mnie, że przecież można byłoby bez tych strachów. Bez tych dwóch tygodni. Tak jak Marysia, która sama proponuje, żeby z tymi tajskimi dziećmi zagrać w chińczyka i gramy z Faa, Paet i Naam choć nie rozumiemy ani słowa. Ona – dzieci chyba generalnie – nie ma tych obaw. Idę dalej – przecież można byłoby bez tych strachów w każdej dziedzinie życia. Które marzenie byłoby wówczas zbyt duże, by je po prostu spełnić?

Trochę jeszcze się boję. Że się okaże. Że wydarzy się coś, po czym znajdą się tacy, którzy będą mogli z satysfakcją szeptać i utwierdzać sami siebie w przekonaniu, że to było wiadomo od razu, że jak jest Bałtyk, to po co tak daleko.

Okej, w porządku. A póki co, witaj przygodo.

Autor: Maciej Kucharek – Moc Ojca

Comments are closed.