Życzliwość, 4 historie z Tajlandii wzięte

Taksówkarz-wiezie-nas-do-domu-za-grosze-Tajlandia - Moc Ojca

Wszędzie tam, gdzie nie sięga komercja, zaczyna się prawdziwa życzliwość. Niespieszna, uważna, kojąca.

Spotykamy na swojej drodze ludzi, którzy ofiarowują nam swój czas w sposób tak inny od tego, co znam, że do tej pory trudno mi w to uwierzyć.

Oto 4 historie, które zdarzyły się naprawdę.

Taksówkarz Thep

Thep zaczepił nas pod Safari World – turbokomercyjną i drogą atrakcją turystyczną. Zaproponował podwózkę. Pokazałem mu na google maps, gdzie chcemy dojechać. To będzie kosztować 600 batów, rzucił.

Byłem maksymalnie podejrzliwy, bo spod Safari World nie jeździ nic innego jak tylko taksówki i właśnie tam można spodziewać się turystów i ich naciągać. Pamiętałem, że podróż spod domu do Safari – znacznie dłuższa – kosztowała nas ok. 400 batów, więc rzuciłem: 200 bat! w odpowiedzi. Dziwną zrobił minę. Taką smutną, jakby mu się autentycznie zrobiło przykro. „Dobry gracz” pomyślałem i dalej targowałem się w najlepsze. Stanęło na 500 batach. Thep przekonywał, że o tej porze w Bangkoku są korki, że 500 bat to naprawdę super stawka i że sami zobaczymy. I że nie włączy taksometru, bo tak nam wyjdzie taniej, na co zgodziłem się z duszą na ramieniu. „Akurat” – myślałem jeszcze wtedy.

Po 2 godzinach jazdy, z czego półtorej godziny staliśmy w korku, a minuty do celu w google maps przestały upływać, w końcu uwierzyłem. Uwierzyłem w Thepa. Uczyliśmy się nawzajem języków. On mnie tajskiego (tom bjam kum pet noj noj sam laptek – to najdłuższe zdanie, którego mnie nauczył i to zdanie ma kluczowe znaczenie. Tom bjam kum to pyszna zupa z grzybami i krewetkami. Pet noj not to znaczy „nie pikantne!”. Sam laptek znaczy „dla dzieci”. Zamówiłem potem taką zupę dodając, że nie pikantne i nie dla dzieci i paliło strasznie, więc co by było, gdyby mnie tego nie nauczył?). Ja uczyłem go angielskiego i… polskiego. Opowiadał nam o królu, Tajlandii, o rodzinie, której nie ma i że może poznam go z jakąś Polką, a on pokaże jej piękne wyspy w okolicach Bangkoku?

Thep zgodził się dołożyć 20 kilometrów i zawieźć nas jednak do domu, kiedy straciliśmy nadzieję, że dojedziemy do centrum, a dzieci pospały się w najlepsze. Za 3 godziny jazdy i jakieś 50 kilometrów w sumie wziął od nas 920 batów, około 100 złotych. Blisko naszego domu powiedział, że jest już zmęczony i że będzie wracał do domu. Okazało się, że ma do tego domu 36 kilometrów… A na końcu jeszcze dał nam swój numer i powiedział, że gdybyśmy czegoś potrzebowali, to żebyśmy dzwonili. Że pokaże nam słynny targ na torach i że życzy nam powodzenia.

Nie mam pojęcia, czy zarobił na tym kursie, a mam poczucie, że nie za bardzo. „Ile dacie, tyle dacie” mówił uśmiechając się, kiedy proponowaliśmy dłuższą trasę. Pozostawił mnie w przekonaniu, że w pewnym momencie to już po prostu chciał nam pomóc.

Recepcjonistka w szpitalu Nonthavej Hospital

Do szpitala trafiliśmy, bo podejrzewaliśmy, że Kasia złamała rękę. Najpierw drzwi auta, którym przyjechaliśmy, otworzył nam portier. W Polsce łapałbym za portfel, bo pomyślałbym, że jeżeli ktoś z zewnątrz otwiera drzwi mojego auta, to musi to być złodziej. A tu instytucja portiera jest całkiem popularna, jak się okazało później.

Za drzwiami szpitala przyjęła nas recepcjonistka w eleganckiej sukience i z płynnym angielskim. Co kilka minut podchodziła do nas i informowała, jak wygląda status naszej sprawy. Z własnej inicjatywy wydrukowała malowanki i zorganizowała kredki dla Marysi czekającej na siostrę. Towarzyszyła Ani w czasie badania, tłumacząc wszystko to, czego nie potrafił powiedzieć lekarz. Załatwiła wydruk z rentgena i kopię dokumentacji medycznej. A na koniec zapytaliśmy ją o restaurację, którą przetrwają nasze polskie, nieprzyzwyczajone jeszcze żołądki. Ona chwyciła Kasię i Marysię za ręce, wyszła ze szpitala i zaprowadziła nas do pobliskiej galerii handlowej. Dopiero kiedy upewniła się, że mamy stolik i że właśnie o to nam chodziło, kiedy mówiliśmy o tajskim jedzeniu, pożegnała się i poszła. Pozostawiła mnie w poczuciu, że przez te może 2 godziny, byliśmy najważniejszymi ludźmi pod słońcem.

Pielęgniarka w galerii Tesco Lotus Bangyai

Kiedy Kasia uszkodziła rękę, ktoś po nią zadzwonił – pielęgniarkę pełniącą dyżur w galerii handlowej. Obejrzała przedramię i próbowała coś nam powiedzieć. Ona – po tajsku, my – po angielsku. W końcu Ania wpadła na pomysł, by skorzystać z translatora google. Od tego momentu, przez ponad pół godziny, przemiła pielęgniarka przekonywała nas, że zamówi karetkę i zawiezie nas do najlepszego szpitala, my prosiliśmy, by poczekać na decyzję naszego ubezpieczyciela. Zabrała nas do swojego pokoiku. Znalazła kocyk, by przykryć Kasię oraz coś do pisania dla Marysi. Trudno się nam rozmawiało, więc po prostu siedzieliśmy razem uśmiechając się do siebie. Jej czas płynął i – niezależnie od tego, co miała lub nie miała jeszcze do zrobienia – po prostu poświęcała go nam. Kiedy usłyszała, że kaszlę, wręczyła mi opakowanie czegoś do ssania. A na koniec odprowadziła do drzwi galerii upewniając się, że na pewno mamy transport do szpitala.

Taksówkarz, którego imienia nie pamiętam

Jedziemy do Safari World. Taksówkarz, który nas wiezie, na kilka minut przed dotarciem do celu usiłuje mi coś powiedzieć. „Buy a ticket” w końcu wychodzi na jego internetowym translatorze. Nie no, złota rada – myślę. Jadę do Safari World, będę musiał kupić bilet! Dzięki, Przyjacielu, gdyby nie Ty, to kto wie, czy nie wrócilibyśmy do domu nie oglądając jednak wcześniej zwierząt całego świata! On jednak nie ustaje w wysiłkach. Pokazuje, że to on kupi bilet. Pytam go, czy będziemy mieli z tego tytułu jakąś zniżkę albo czy on dostanie coś ekstra od Safari World? Nie! – mówi i wygląda na trochę zdziwionego. Kiedy dojeżdżamy podwozi nas po same kasy, prowadzi do okienka i dopiero kiedy udaje mi się dogadać z kasjerką i kupić bilet, jego twarz promienieje, ściska mi rękę i życzy powodzenia. Z odrobiną wstydu orientuję się wówczas, że po prostu w ten sposób chciał mi ułatwić życie, a ja nie potrafiłem dać wiary jego dobrym intencjom. Niesamowite.

Wniosek – chciałbym tak w Polsce

Ta życzliwość i niespieszność w jej okazywaniu jest kojąca. Ciśnie mi się na usta pytanie, które zadaję też samemu sobie, czy nie można byłoby tak samo także w Polsce…? Ludzie ofiarowują nam tutaj swój czas w sposób, którego prawie nie znam z Polski. Ostatnia raz w takim wymiarze… to chyba Kordian Borowczyk przy okazji Tato.net. To było tak niezwykłe, że chciałem o tym wspomnieć, choć to już zupełnie inna historia.

PS. Czar pryska przy turystyce. Na turystycznej wyspie Koh Chang tej życzliwości już nie czuję, nie w takim stopniu. Tu jestem nie tylko człowiekiem, ale także portfelem.

Autor: Maciej Kucharek / Moc Ojca

Comments are closed.